Strona 3 z 4

Re: Bo do tanga trzeba dwojga...

: 25 paź 2006, 23:35
autor: sztaba
nika pisze: Nie zgadzam sie ze stwierdzeniem iz osoba zdrowa nie zrozumie osoby chorej :mad:
Zgazam się z Niką. każdy może zrozumieć każdego. Wystarczy chcieć.

Re: Bo do tanga trzeba dwojga...

: 26 paź 2006, 01:22
autor: Feniks
sztaba pisze:każdy może zrozumieć każdego. Wystarczy chcieć.
Niemożliwe, każdy człowiek jest inny , ma inne doświadczenia, inaczej się wychowywał, ma inne pasje, nie jesteśmy w stanie nikogo tak naprawdę zrozumieć, bo czasem sami siebie zaskakujemy, ale zaakceptować i pokochać takiego jakim jest, to rzeczywiście można każdego.

Re: Bo do tanga trzeba dwojga...

: 26 paź 2006, 16:59
autor: -Ania-
Odpowiem i ja na Twoje pytanie Jakubie, trochę późno, ale z racji zaostrzenia na forum mnie nie było.

Może po kolei:
Ze znanych mi opowieści wynika, że niekiedy miłość się kończy w sytuacji, gdy się okazuje, że partner jest chory (nie dotyczy to tylko CU/CD). Czy wielu z was się taka sytuacja przytrafiła?


Taka sytuacja jaką znasz z opowieści mi się nie przytrafiła- na szczęście.
Poza tym co sądzicie o podejściu: nie szukam, bo i tak nie znajdę; poza tym i tak zostanę odrzucony? Czy mimo to nie warto próbować?
Podejście takie wg mnie wynika z braku poczucia pewności siebie, żeby nie powiedzieć wprost, że z braku poczucia własnej wartości, bo tak do końca nie musi być, by w taki sposób coś twierdzić. Ale obie moje teorie mają swoje źródło w miłości- w jej przeżywaniu w domu rodzinnym, w jej braku, w jej zranieniach, w jej odczuwaniu- odbieraniu i dawaniu. Skoro ktoś z góry zakłada, że i tak mu się nie uda, to musi mieć albo złe doświadczenia albo brak doświadczeń i jakąś blokadę, która nie pozwala mu się zrealizować. Problem w tym, czy sam crohn jest ta blokadą? I jeśli to tylko crohn to czy to aż tak wielka choroba by nie móc szukać drugiej połówki? Wydaje mi się, że problem leży nie tylko w crohnie, ale i w psychice tej osoby. Mimo tego uważam, że warto próbować. Tutaj zastanowię się co oznaczać może próba szukania drugiej osoby. A z tym bywa różnie.
Czasem Bóg- albo jak kto woli- los sprawa nam miłe niespodzianki i osoba taka sama nas odnajduje, przychodzi miłość i problem z szukaniem nam odpada. Wtedy od tej osoby zależy to, czy z nią/nim zostaniemy… tu wchodzimy w etap zaangażowania- przez interesowanie się druga osobą, zadawanie pytań, reagowanie na to, co ona mówi. Rzeczy prozaiczne? Może tak pomyślicie, ale nie dla wszystkich. Czasem trudno jest znaleźć w sobie empatie i solidarność, zwłaszcza gdy się boimy, lub gdy nigdy jej nie doświadczaliśmy. Czasem tez trudno odróżnić empatie od litości i współczucia. Granica cienka, ale nikt nie powiedział, że w życiu będzie łatwo. Poza tym mimo upadków, potyczek przyjaźń czy miłość się nie kończy, ale trwa.
Inne szukanie to takie z naszej inicjatywy. Na pewno znacie wiele portali internetowych, dla mnie takim godnym polecenia jest jeden-http://www.przeznaczeni.pl/
Przeczuwam, że gdybym nie znalazła chłopaka na oazie (tj. ruch działający przy kościele katolickim) to pewnie bym do tej grupy przystąpiła.
Prosiłeś o historie z happy Endem, więc taką tu teraz przestawię. 3 lata temu na pewnym spotkaniu formacyjnym obecny był Artur. W luźniej rozmowie zaproponował mi pomoc przy stronie internetowej. Od tego się zaczęło. Jakieś dwa tygodnie później stwierdziłam, że powiem mu o chorobie- tak konkretniej, bo ogólnie to wiedział, że „to coś z jedzeniem”. Takiej dokładniej historii na forum nie ma, nie jest to tez miejsce, by do tego wracać, ale po moich słowach Artur powiedział, że należę do osób bardzo odważnych (że mu to mówię) i do tych, którzy wiele przeżyli a mimo tego potrafią cieszyć się życiem i trwam w wierze. Nie odszedł. Razem przebrnęliśmy przez zaostrzenie w tamtym roku. 13 maja przyjęłam oświadczyny, wstępnie ustaliliśmy datę ślubu. Bywa różnie, ale fundamentem naszego związku jest przede wszystkim wiara w Boga, a nie uczucia. Emocje się wypalą, ostre zasady dotyczące czystości narzeczeńskiej, nie pozwalają rozwijać miłości fizycznej tak jak czasem pragnie tego ciało. Ale wiemy, że nagroda za to będzie wielka- ale nie dla nagrody tak zyjemy. Często czujemy się inni przez to, że łączy nas nie tylko miłość, ale i Jezus. Jednak jest to dla nas jakby pozytywna inność. Nie wyobrażam sobie stworzenia związku z chłopakiem tylko na zwykłej ludzkiej miłości. Tym bardziej, że mam świadomość choroby i jej ograniczeń, planujemy adopcje dziecka, być może dojdzie u mnie do wyłonienia stałej stomi. Ci, którzy nas znają wiedzą, że sobie ufamy, wiedzą, że taka ufność nie ogranicza wolności drugiego człowieka ( przykładem jest fakt, że sama niedawno byłam w Pile u Spectro), że to coś więcej niż związek dwóch osób. Z drugiej strony nie da się namówić kogoś, żeby szukał tylko osób związanych z jakimiś ruchami religijnymi, bo tylko takie mają inny system wartości. I tu można się zawieść. Nie ma reguły, ale ja uważam, że to coś na plus (może być plus dodatni).

Tą wypowiedzią chciałam dokładnie dać „do zrozumienia, że nie ma co się przejmować chorobą w przypadku kontaktów mających na celu zawieranie intymniejszych znajomości.”
Przejmowąc nie aż tak, by nie szukać, ale zawsze brać pod uwage crohna bo... inaczej sie nie da.

Poza tym pozwolę sobie odnieść się do wypowiedzi niektórych tu osób.
Feniks
Najważniejsza jest według mnie akceptacja samego siebie i wiara w to, że jesteśmy wartościowymi ludźmi - bo każdy przecież jest. Jeżeli ktoś jest zakompleksiony, negatywnie nastawiony do świata etc. to przeczytanie kilku postów raczej mu nie pomoże, a czasem może nawet bardziej zdołować.
Wydaje mi się, że piszesz to w stylu, że jeśli się nie da wiele tu zrobić to lepiej nie robić nic?

Popatrz na to, co napisała pewna osoba na blogu:
Wiele osób nie chce angażować się w osobiste perypetie i często intymne sprawy innych ludzi. Boją się wciągnięcia w wir nieprzyjemnych zdarzeń, boją się późniejszych ewentualnych wymówek. Nie chcą stawać po niczyjej stronie w sytuacjach konfliktowych. Wreszcie nie są pewni czy interwencja nie przyniesie więcej szkody niż pożytku. Zajęcie takiego stanowiska przypomina jednak owe nieszczęsne „umycie rąk”, czyli unikanie zaangażowania. A przecież życzliwa chęć pomocy sama w sobie jest już pomocną i nie może nikomu zaszkodzić. Niekiedy wystarczy poświęcić rozmówcy trochę czasu i w życzliwym skupieniu wysłuchać jego relacji. Rozmowa z nami może dodać naszemu rozmówcy otuchy, tchnąć nadzieję w jego życie, choć na pewno jego problemów nie zlikwiduje. Można być przede wszystkim dobrym słuchaczem, który koncentruje się na tym, co mówi drugi człowiek. Ale i to nie jest łatwe, ponieważ podczas każdej rozmowy rozprasza nas tysiące myśli krążących w naszej głowie, a każda z nich oddala nas od drugiego człowieka. Tak samo ważne jest, aby nie oceniać, nie potępiać i nie krytykować naszego rozmówcy.
(http://tesknie.blog.onet.pl/1,AR3_2005- ... index.html)

Jakubek odważył się napisać o tym, czyli w pewien sposób zaangażował się. W sumie Ty też, bo wypowiadałeś się tu. A do końca nie wiemy, czy osoba, lub osoby, do których jest adresowany ten temat kiedykolwiek to przeczyta, zauważy.
W tym momencie forum niejako „pozwala” nam mówić, co również świadczy o tym, że potrafimy słuchać.

Poza tym napisałeś też:
Magdalene też ma w sumie rację , prawdziwa miłość jest w stanie pokonać najgorsze choroby, bo jak to ktoś kiedyś powiedział nawet życie to choroba (przenoszona drogą płciową)
Śmiem zauważyć, że tu- czyli przy zawieraniu znajomości nie ma jeszcze miłości, lub jeśli jest to nie odkryta. Według mnie zanim miłość odważy się wypowiedzieć musi minąć okres zauroczenia, rozeznania. No chyba, że mówimy o miłości od pierwszego wejrzenia.

pozdrawiam
Ania

Re: Bo do tanga trzeba dwojga...

: 26 paź 2006, 19:09
autor: Maciek
Aniu! Miłość potrafi być i od "pierwszego wejrzenia" i tzw. dojrzała (po latach - wiem coś o tym :wink: w końcu jesteśmy z Mamcią już 24 lata). Czy partner potrafi zaaprobować nasze choroby? Nie wiem, sprawa jest trudna.
Pozdrawiam

Re: Bo do tanga trzeba dwojga...

: 27 paź 2006, 12:55
autor: Feniks
Aniu Czyli w końcu,w którym momencie się ze mną nie zgadzasz ,bo ja już nie wiem.Napisałem pierwszy post ,żeby właśnie wpłynąć na ludzi biernych , bo nie da się w kimś zakochać nie akceptując samego siebie. Co do luźnego nawiązania do miłości dojrzałej czy od pierwszego wejrzenia, to według mnie, nie ważne jest jak dojdziemy do tego, że kogoś kochamy, ważne abyśmy szczerze kochali i już.
Co do wplątywania religii w związek, to ja oczywiśćie jestem zeupełnie z innej bajki i nie wyobrażam sobie, żeby w tych cięzkich chwilach szukać protekcji u siły wyższej, wydaje mi się ,że szczera rozmowa i wyrzucenie z siebie żalu wystarczy, ale nie śmiem twierdzić ,że mój sposób na miłość jest lepszy, bo jak zauważyłem , ważne aby szczerze kochać. Czego wszystkim życzę.

Re: Bo do tanga trzeba dwojga...

: 27 paź 2006, 17:22
autor: -Ania-
Feniks, to, że zadałam Ci pytanie odnosnie Twej wypowiedzi nie od razu oznacza, że się z czymś nie zgadzam.
A jesli juz sie nie zgadzam to jakby w tej sprawie poboczny problem, a nie główny wątek.

Więc swobodnie możemy porozmawiac na gg jesli chcesz :)
a tu ja bym zostawiła to, co jest wazne dla meritum sprawy

Czyli miłość :)

ania

Re: Bo do tanga trzeba dwojga...

: 27 paź 2006, 19:50
autor: Jolcia
Wiem jedno - nie można się załamywać; jak się poddamy to choroba nas pokona. Miłość drugiego człowieka?? Nie dostrzeżemy jej jeżeli skupimy się na swojej chorobie, na swoim cierpieniu i nie pozwolimy aby nas kochano. Myślę że kochać to dawać siebie ale potrafić też przyjąć dar drugiego cżłowieka; jego obecności i uczuć, jego miłości. Nie twórzmy wokół siebie enklawy niedostępności, muru choroby. Dajmy czas aby nas i naszą chorobę druga osoba poznała i miejmy nadzieję, że akceptowała.

Re: Bo do tanga trzeba dwojga...

: 27 paź 2006, 23:14
autor: Miki
Ja poznałam mojego Kamilka będąc już chora ( 4lata od kiedy zachorowałam), od razu mu powiedziałam na co choruję, trochę się bałam jak zaaraguje ale teraz wiem że nie potrzebnie się martwiłam. Zawsze mogę na niego liczyć. :roll: Zawsze się mną opiekuje i za to go KOCHAM :wink:

Re: Bo do tanga trzeba dwojga...

: 28 paź 2006, 00:18
autor: jakubek
Bo mi chodziło jeszcze o to, czy warto próbować szukać drugiej połówki mimo możliwych niepowodzeń, czy też lepiej siedzieć zapatrzonym w dal i powtarzać, że chciałoby się kogoś mieć... Dla mnie odpowiedź jest oczywista, ale chyba nie dla każdego jest to tak oczywiste jak dla mnie...

Re: Bo do tanga trzeba dwojga...

: 28 paź 2006, 10:54
autor: funia
pytanie jakubku jest banalne i retoryczne

Re: Bo do tanga trzeba dwojga...

: 28 paź 2006, 18:05
autor: Ines
U mnie z tym jest niezadobrze. Chyba się boję angażować w związek zakładając juz z góry że to się nie uda, że moja choroba będzie przeszkodą w dalszym wspólnym życiu. Nikomu nie opowiadam o swoim schorzeniu, na codzien jestem wesoła i usmiechnięta, mam duzo znajomych, regularnie uczęszczam na wszelkie imprezy :wink: nie mam problemów z nawiązywaniem znajomości itd. Ale jesli już zaczyna sie cos na poważnie to ja "uciekam". Mój ostatni związek zakonczył się oczywiscie z mojej inicjatywy, byłam z wspaniałym chlopakiem, byłam zakochana, wszystko było super do czasu. Po kilku mies. miałam zaostrzenie choroby, było coraz gorzej bo nie chciało mi sie jelitko uspokoić, nagle stałam sie smutna i zamknieta w sobie, nie miałam na nic ochoty. Chłopak nic o tym nie wiedział i nie chcialam zeby sie dowiedzial, dla mnie jest to wstydliwa sprawa, no i zerwałam z nim nie podając zadnych sensownych powodów. Myślalam wtedy ze taki facet zasługuje na "normalną" (czyt.zdrową) partnerke. Do dzisiaj utrzymujemy ze sobą kontakt i jest ok. Nawet niedawno byl temat dlaczego naprawde zerwalam itp. Od tamtego momentu jestem sama. Boję się wiązać, pewnie za każdym razem skonczyło by się tak samo. Widać moj przypadek jest bardzo ciężki :wink:

Re: Bo do tanga trzeba dwojga...

: 29 paź 2006, 01:12
autor: Shima
Ines pisze: Po kilku mies. miałam zaostrzenie choroby, było coraz gorzej bo nie chciało mi sie jelitko uspokoić, nagle stałam sie smutna i zamknieta w sobie, nie miałam na nic ochoty. Chłopak nic o tym nie wiedział i nie chcialam zeby sie dowiedzial, dla mnie jest to wstydliwa sprawa, no i zerwałam z nim nie podając zadnych sensownych powodów. Myślalam wtedy ze taki facet zasługuje na "normalną" (czyt.zdrową) partnerke. Do dzisiaj utrzymujemy ze sobą kontakt i jest ok. Nawet niedawno byl temat dlaczego naprawde zerwalam itp. Od tamtego momentu jestem sama. Boję się wiązać, pewnie za każdym razem skonczyło by się tak samo. Widać moj przypadek jest bardzo ciężki
Nie mozesz tak myśleć :!:
ty przeciez jestes nienormalna chociaz nie zdrowa.
Musisz zaakceptować siebie(czyt.chorobę)wtedy mysle ze pojdziesz do przodu :)
P.S.
czy powiedzialas chlopakowi prawde :?:

Re: Bo do tanga trzeba dwojga...

: 29 paź 2006, 02:12
autor: Ines
Zenobius pisze:
Ines pisze:Chyba się boję angażować w związek zakładając juz z góry że to się nie uda, że moja choroba będzie przeszkodą w dalszym wspólnym życiu.
A mialas sie okazje o tym przekonac czy przypuszczasz?
Przypuszczam. Albo poprostu nie spotkałam osoby której mogłabym w pełni zaufać i opowiedzieć o tym. Nikt oprocz rodziny i mojej przyjaciółki nie wie, że coś mi dolega.
Shima nie powiedziałam chlopakowi dokladnie i ze szczególami, ale lekko rozjaśniłam sytuację :wink:

Hmm. Zgadzam się z tym co piszecie, możliwe że sama komuś radziłabym tak samo, ale gorzej wychodzi mi to w praktyce. Widocznie mam jakis problem i nie umiem się z nim uporać. Może jakaś blokada psychiczna? Ale obiecuje popracować nad sobą i będę próbowała z tym walczyć :wink: :mrgreen: Tak to jest z tymi naszymi chorobami ze są ale na codzień tego nie widać, a w papierach jestesmy inwalidami :roll: i czasami trudno sie przyznać ze nie jest tak fajnie jak sie wydaje. Tacy dobrze wyglądający inwalidzi :wink:
O matko! 2:00 w nocy!troche się zasiedziałam, ale dzis przestawia się czas to można dłuzej posiedzieć :mrgreen:

Re: Bo do tanga trzeba dwojga...

: 29 paź 2006, 10:19
autor: funia
moze powinnas sprobowac mowic ludziom ze cos Ci dolega?
wtedy latwiej bedzie chlopakowi tez o tym powiedziec

chociaz mi osobiscie obcym trudniej mowic niz bliskim

ale mozesz sie tez zdziwic, ze nei jestesmy az takimi "dziwadlami" jak nam sie wydaje
ostatnio powiedzialam mojej uczennicy, ze jestem chora na cd, sadzac ze bede musiala sie wdac w szczegoly, a ona na to, ze jej tesc tez choruje

wiec niestety chorych jest wiecej niz sadzimy, ale tez przez to ludzie wiedza, co to za chorobai traktuja to normalniej

zeno ma racje, ja tez sadze, ze nie mamy sie czego wstydzic. to nei nasza wina ze zachorowalismy, nie zrobilismy nic zlego

tak po prostu jest

duzo osob mysli tez, ze nie ma kogos bo:
- sa za grubi
- sa za chudzi
- za za rudzi
- za.....
- chorzy

oczywiscie te pierwsze traktuje z przymruzeniem oka. ale mam takie kolezanki, ktore mysla, ze nie maja kogos, bo maja za grube uda, za dlugi nos i inne takie. problemem jednak najczesciej jest CHARAKTER i ich nastawienei do ludzi, a nie wyimaginowane powody

i tak samo u osob chorych, problemem chyba jest nastawienie, a nie choroba. i to nastawienie swoje doinnnych trzeba zmienic, uwierzyc, ze jestescie wartosciowymi ludzmi

Re: Bo do tanga trzeba dwojga...

: 29 paź 2006, 14:59
autor: paulina6735
jakubek pisze:Bo mi chodziło jeszcze o to, czy warto próbować szukać drugiej połówki mimo możliwych niepowodzeń, czy też lepiej siedzieć zapatrzonym w dal i powtarzać, że chciałoby się kogoś mieć... Dla mnie odpowiedź jest oczywista, ale chyba nie dla każdego jest to tak oczywiste jak dla mnie...
Takiś mądry, a czemu jesteś sam? Bo tak Ci wygodniej? Czyżby?
Pozdro...