Opowiadanie Grzyba - debiut

Wiersze, wierszyki, opowiadania, forumowele, twórczość własna i nie tylko

Moderatorzy: Anette28, Moderatorzy

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Grzyb333
Doświadczony ❃
Posty: 1075
Rejestracja: 10 mar 2008, 13:49
Choroba: CU
województwo: zachodniopomorskie
Lokalizacja: Szczecin
Kontakt:

Re: Opowiadanie Grzyba - debiut

Post autor: Grzyb333 » 14 lip 2009, 18:42

Odcinek trzeci, troszkę inny ;)

Zdzich, Koralgol i Pomponik

Majster Zdzich ostatni raz tak się wstydził w drugiej klasie podstawówki. Szkoła zorganizowała wtedy z okazji dnia dziecka bal przebierańców. Chłopaki w klasie poprzebierali się za Zorro, Supermanów i innych bohaterów. A Zdzich? Mamusia uszyła mu osobiście kolorowy strój Misia Koralgola. Dwa miesiące bidulka się nad nim trudziła wieczorami po pracy i mały Zdzisio czy chciał czy nie musiał pójść w tym na bal. To był najgorszy dzień jego dzieciństwa, dzieciaki w szkole przez tydzień na jego widok pękali ze śmiechu, reputację Zdzisia w klasie szlag trafił, a przezwisko "Koralgol" przylgnęło do niego do końca technikum. Nigdy potem nie został już tak upokorzony. Do dziś.
Katastrofa miała początek w chwili, gdy żona majstra oświadczyła mu że wyjeżdża z mamą na trzy tygodnie do sanatorium i będzie się musiał zaopiekować jej ratlerkiem o koszmarnym imieniu Pomponik. Rozpaczliwe próby znalezienia opieki dla pieska spełzły na niczym i nie było wyjścia, musiał zabrać go na budowę. Kiedy majster zgodził się na błagania żony, żeby kupili ratlerka wiedział, że to się kiedyś na nim zemści. I oto nadszedł dzień zemsty.
Kiedy tak siedział bliski samobójstwa w swoim rozklekotanym Polonezie i patrzył na radośnie machającego patykowatym ogonkiem ratlerka, który przycupnął na siedzeniu pasażera, czuł się jak wtedy na dziecięcym balu przebrany za misia Koralgola. "Jak ja się pokażę z tym szczurem na budowie?" rozpaczał w myślach "Chłopaki zabiją mnie śmiechem a Pomponika poszczują kotami". Zerknął smutno przez boczną szybę na swój wiadukt, wtedy Pomponik jakby zrozumiał dramatyczną sytuację swojego pana, szczeknął i polizał go w policzek. To otrzeźwiło Zdzicha. Wysiadł powoli z samochodu.
- No Pompon idziemy. Musimy stawić czoła przeznaczeniu. - powiedział hardo majster, a piesek szczeknął groźnie dwukrotnie na znak, że podejmuje wyzwanie i wyskoczył z samochodu.
Początki duetu Zdzich-Pomponik były trudne. Pojawienie się ich na budowie wywołało spazmatyczne ataki śmiechu u całej załogi i docinki w stylu "Majster, trzymaj tego dobermana bo nas pozagryza" lub "a męskich nie było?" Jedynie Jurek natychmiast zapałał szalonym uczuciem do Pomponika
- Oj jaki śliczny - zachwycił się Jurek - jak się wabi?
- Pomponik - powiedział cicho majster, a jego odpowiedź wywołała kolejny atak śmiechu, zdruzgotany Zdzich wśród tarzających się ze śmiechu zauważył nawet kierownika Janka, prawie go to dobiło. Zrezygnowany nie zareagował nawet, gdy Pomponik rzucił się z morderczą pasją na nogawkę zachwyconego Jurka.
- Choć Pompon - szepnął - idziemy.
Po kilku dniach budowlańcy przywykli do pałętającego się wszędzie kurduplowatego pieska, polubili go nawet, głaskali czasem i w tajemnicy przed odzyskującym swoją reputację majstrem dokarmiali go przy śniadaniu. Jurek nawet zbudował mu budę, a Pomponik regularnie atakował jego nogawki ku uciesze wszystkich.
- Panie majster, panie majster - krzyczał Jurek
- Czego? Nie widzisz, że śpię durniu - burknął spod kapoty wściekły Zdzich, nikt nie lubi być budzony.
- Szybko, zobaczy pan, szybko.
- Mmmmmm - majster zgramolił się z prowizorycznego legowiska, przetarł oczy i zdębiał. Ratlerek stał przed nim z martwym szczurem w zębach i szaleńczo machał ogonkiem.
- Jezu. Sam to upolował? - dalej przecierał oczy majster, a w międzyczasie zbiegli się wszyscy.
- Nooo Pompon. Drapieżnik. - rechotał Mietek - może i co większego na grilla upoluje.
Mietek dużo się nie pomylił. Pomponik okazał się wielce skutecznym łowcą wszystkiego co żywe, nie licząc nogawek Jurka. Przynosił Zdzichowi szczury, myszy, a dwa razy przytaszczył nawet zająca. Poczuł zew natury i korzystał z krótkich tygodni wolności ile wlezie.
Trzy tygodnie szybko minęły i Pomponik ulubieniec wszystkich budowlańców musiał wracać do domu. Cała załoga zebrała się przy polonezie Zdzicha i na pożegnanie każdy wygłaskał i wyczochrał Pomponika. Zdzich zanim zamknął drzwi powiedział:
- Nie martwcie się chłopaki, coś wymyślę żeby od czasu do czasu go tu przywieźć, przecież on się zamęczy w bloku z moją starą. - Zamknął drzwi i odjechał. Spojrzał w bok na wytarmoszonego psa
-Maryśka cie nie pozna, a mnie ukatrupi. Mamy przechlapane.
GrzybaBlog - http://graforoman.wordpress.com/ Darwin się mylił. Ja nie pochodzę od małpy. Ja pochodzę od Purchawki :E

Awatar użytkownika
ita71
Doświadczony ❃
Posty: 1885
Rejestracja: 28 sty 2009, 22:45
Choroba: CD u dziecka
województwo: pomorskie
Lokalizacja: Trójmiasto

Re: Opowiadanie Grzyba - debiut

Post autor: ita71 » 14 lip 2009, 23:04

Majster Zdzich nie ma łatwego życia :lol:
Nigdy nie mów nigdy...

Awatar użytkownika
michael
Początkujący ✽✽
Posty: 113
Rejestracja: 22 gru 2008, 21:52
Choroba: CD
województwo: mazowieckie
Lokalizacja: Radom
Kontakt:

Re: Opowiadanie Grzyba - debiut

Post autor: michael » 14 lip 2009, 23:53

:respekt: Dobre , przednio się uśmiałem .Fajnie się czyta . :respekt:
Mam pytanie masz latlerka ,czy może miałeś ? :E

Awatar użytkownika
Grzyb333
Doświadczony ❃
Posty: 1075
Rejestracja: 10 mar 2008, 13:49
Choroba: CU
województwo: zachodniopomorskie
Lokalizacja: Szczecin
Kontakt:

Re: Opowiadanie Grzyba - debiut

Post autor: Grzyb333 » 15 lip 2009, 07:19

Mam Yorka. :)
GrzybaBlog - http://graforoman.wordpress.com/ Darwin się mylił. Ja nie pochodzę od małpy. Ja pochodzę od Purchawki :E

Natalka
Weteran ✿
Posty: 4895
Rejestracja: 19 kwie 2007, 13:54
Choroba: CD
województwo: lubelskie
Lokalizacja: Lublin
Kontakt:

Re: Opowiadanie Grzyba - debiut

Post autor: Natalka » 15 lip 2009, 13:57

Świetne :mrgreen:
A Kolargol to była moja ulubiona bajka :sweet:
Nie istnieją żadne określone potrawy, które zasadniczo wpływają na ciężkość przebiegu lub na rodzaj nawrotu choroby u wszystkich pacjentów.
poradnik żywieniowy Falka

Awatar użytkownika
deep navy
Aktywny ✽✽✽
Posty: 581
Rejestracja: 30 paź 2008, 21:45
Choroba: osoba zainteresowana
województwo: lubelskie
Lokalizacja: zza Buga

Re: Opowiadanie Grzyba - debiut

Post autor: deep navy » 15 lip 2009, 14:54

pod wrażeniem twórczości naszego szanownego Kolegi krzyknę głośno: ''studenci do nauki, literaci do pióra, robotnicy do pracy!!!"
"Wciąż wierzę w miłość, w pokój, w pozytywne myślenie" J.Lennon

Awatar użytkownika
Grzyb333
Doświadczony ❃
Posty: 1075
Rejestracja: 10 mar 2008, 13:49
Choroba: CU
województwo: zachodniopomorskie
Lokalizacja: Szczecin
Kontakt:

Re: Opowiadanie Grzyba - debiut

Post autor: Grzyb333 » 22 wrz 2009, 19:38

No i naskrobałem kolejny odcinek :)

Majster Zdzich i Wielka Bitwa

Jurek był zakochany. Nie był może za bardzo rozgarnięty ale powodzenie u dziewczyn miał. W ostatnią sobotę razem z chłopakami z budowy poszedł się zabawić do dyskoteki "Heaven" w pobliskiej wsi Taplary. Zabawa była spokojna do czasu, gdy w lokalu pojawiła się miejscowa piękność Marysia. Gdy Jurek ją dostrzegł natychmiast zapałał do niej wielką miłością. Podszedł, poprosił do tańca i przetańczyli razem przytuleni prawie całą noc. Kłopoty zaczęły się gdy obudził się śpiący do tej pory na stoliku Władek o pseudonimie "Byku", który podkochiwał się po cichu w pięknej Marysi. Dwumetrowy Byku o łapach jak bochenki chleba, gdy tylko pojął co się dzieje wstał, podszedł do tańczących, odepchnął delikatnie Marysię od Jurka i potężnym ciosem powalił biedaka. Rozpętało się totalne mordobicie z użyciem sztachet krzeseł i stolików. Dziewczyny piszczały, krew się lała, wargi puchły, mordy siniały a barman wezwał policję, która pojawiła się po piętnastu minutach kończąc bitwę. W ferworze walki nikt nie dostrzegł, że zakochani gdzieś zniknęli.
W Taplarach zawrzało. W wiosce nie było za wiele wolnych dziewczyn, nie mówiąc już o tych ładnych. Chłopaki z Taplar nie lubili, kiedy obcy podrywają ich dziewczyny, a zwłaszcza budowlańcy z autostrady, którzy od jakiegoś czasu panoszyli się po ich wiosce. Nie pierwszy raz doszło do bójki. Ale tym razem to nie była normalna bójka, tym razem chodziło o ich największy skarb - Marysię, a to oznaczało wojnę. Następnego ranka pod sklepem spożywczo-przemysłowym posiniaczony Byku niczym męczennik słusznej sprawy nawoływał do zemsty.
W niedzielę wieczorem budowlańcy siedzieli w holu hotelu, w którym byli zakwaterowani na czas budowy. Zdzich z lekką nostalgią patrzył na poobijanych kolegów, sam za młodu był niezłym zawadiaką i zatęskniło mu się za starymi czasami.
- To jak dowaliliście im? - zapytał
- Ciężko powiedzieć - wyseplenił Marian przez opuchniętą wargę - gliny przyjechały i nie wiadomo kto wygrał, ale było nieźle, morda nie szklanka.
Nagle do holu wpadła Marysia, była tak ładna że aż wszystkich oniemiało
- Gdzie jest Jurek? - zapytała nieśmiało
- W pokoju, zaraz go zawołamy, zaczekaj chwilę - odpowiedział Zdzich
- Musicie uciekać, chłopaki z Taplar tu jadą - zaszlochała, gdy na schodach zobaczyła Jurka - oni ciebie zabiją kochany, zabiją!
W tej chwili pod hotel zaczęły podjeżdżać samochody, z których zaczęły wysypywać się grupki nawalonych Taplarczyków, uzbrojeni w sztachety i przy dźwiękach "Jesteś Szalona" wydobywających się z samochodu Władka zaczęli wykrzykiwać "Oddajcie Marysię", "Wyłazić tchórze". Gdy w hotelu zapanowała panika, majster chwycił za swój telefon, usunął się w kąt i zaczął wydzwaniać. Po kilku minutach krzyknął.
- Spokój mi tu, musimy wytrzymać godzinę, zabarykadujcie drzwi i odsuńcie się od okien.
To była ciężka godzina. Najeźdźcy butelkami po piwie wybili okna i szyby w drzwiach, po czym przypuścili szturm. Rozwścieczony Byku wyważył drzwi i agresorzy wdarli się do środka wpadając prosto na zmasowany ogień z gaśnic śniegowych będących na wyposażeniu hotelu. Po przedarciu się przez pierwszą linię obrony zdezorientowani Taplarczycy napotkali kolejną niespodziankę, jeden po drugim wbiegali na rozlany na parkiecie olej i tracąc równowagę wpadali pod ciosy budowlańców. Zdzich niczym napoleon stał z boku i dowodził obroną, a Jurek i Marysia podnieceni niebezpieczeństwem zniknęli gdzieś na pietrze hotelu. Przewaga liczebna atakujących była znaczna, po jakimś czasie zdobyli przewagę i zaczęli wypierać obrońców na schody. Kiedy było z nimi naprawdę krucho nadeszła pomoc. Najpierw dźwięk kilkudziesięciu klaksonów i oślepiające światło wpadające przez rozbite okna obwieściły nadejście odsieczy, potem kilkudziesięciu mężczyzn wsypało się do holu. Bitwa dobiegła końca.
Widok był niesamowity. Przed hotelem wśród świateł samochodów, maszyn budowlanych i tłumu ludzi dwóch dowódców - Zdzichu i Byku omawiali warunki kapitulacji.
- Czyli rozumiemy się - z patosem w głosie przedstawiał swoje warunki majster - nie będziecie nam już więcej podskakiwać.
- No ma się rozumieć - z opuszczonym wzrokiem zgodził się Byku - ale Marysia...
- Marysia - przerwał mu Zdzich - jest wolna i jeśli chce przychodzić do Jurka, to niech sobie przychodzi, pewnie za kilka dni dni jej przejdzie. Rozumiemy się?
- Rozumiemy. - podali sobie ręce i negocjacje dobiegły końca.
Po całym zamieszaniu w drzwiach hotelu pojawili się Marysia i Jurek, rozczochrani dopinali ostatnie guziki.
- Przegapiliśmy coś?
GrzybaBlog - http://graforoman.wordpress.com/ Darwin się mylił. Ja nie pochodzę od małpy. Ja pochodzę od Purchawki :E

Natalka
Weteran ✿
Posty: 4895
Rejestracja: 19 kwie 2007, 13:54
Choroba: CD
województwo: lubelskie
Lokalizacja: Lublin
Kontakt:

Re: Opowiadanie Grzyba - debiut

Post autor: Natalka » 22 wrz 2009, 23:20

sensacja z romansem w tle :wink:
Nie istnieją żadne określone potrawy, które zasadniczo wpływają na ciężkość przebiegu lub na rodzaj nawrotu choroby u wszystkich pacjentów.
poradnik żywieniowy Falka

Awatar użytkownika
Grzyb333
Doświadczony ❃
Posty: 1075
Rejestracja: 10 mar 2008, 13:49
Choroba: CU
województwo: zachodniopomorskie
Lokalizacja: Szczecin
Kontakt:

Re: Opowiadanie Grzyba - debiut

Post autor: Grzyb333 » 24 lis 2009, 20:26

MAJSTER ZDZICH – ODCINEK ŚWIĄTECZNY

- Meksyku mi się cholera zachciało - myślał wściekły Zdzich patrząc na swoje lewe przedramię z którego wystawał wenflon połączony z kroplówką, na sąsiednich łóżkach spały otumanione lekami żona i córka.
Bożonarodzeniowa wycieczka był wspaniała. Przez dwa tygodnie zwiedzili najważniejsze miejsca w Meksyku, byli w Tuli i Chuoli - starożytnych miastach Tolteków, wspięli się na szczyty piramid słońca i księżyca, spacerowali legendarną "Avenida de los Muertos" - drogą umarłych w Teotihuacan, wspaniałej stolicy Azteków. Nurkowali na rafach koralowych w Morzu Karaibskim i żeglowali po Zatoce Meksykańskiej. W wolnych chwilach Zdzichu delektował się Tequilą i Mezcalem, a żona Marysia i córka Ania wylegiwały się na słońcu. Wigilię spędzili na pustyni w cieniu obwieszonego bombkami kaktusa. Nie mogli tylko dogadać się z mikołajem, który mówił po hiszpańsku, jedynie udający renifera osioł Pedro rozumiał podchmielonego mikołaja. Dwa tygodnie szybko zleciały i trzeba było wracać do Polski. Na Okęciu, gdy oczekiwali na bagaże jakiś nadgorliwy pracownik lotniska zauważył, że córka majstra ciąga nosem i pokasłuje, podszedł i dyskretnie poprosił wszystkich na stronę. W ambulatorium czekał już na nich lekarz dyżurny. Poinformował ich, że w związku podejrzeniem świńskiej grypy podlegają kwarantannie i że zostaną przewiezieni do szpitala MSWiA w Warszawie. I tak oto wczasy rodziny majstra Zdzicha przedłużyły się o nieplanowany pobyt w szpitalu.
W szpitalu przeżyli prawdziwą gehennę. Próbki krwi dały wynik pozytywny. Postawiono diagnozę - infekcja wirusowa, szczep wirusa A/H1N1. Byli pierwszym zdiagnozowanym przypadkiem świńskiej grypy w Polsce, co przyciągnęło media. Parkingi wokół szpitala zapełniły się wozami transmisyjnymi wyładowanymi po brzegi dziennikarzami, operatorami kamer, dźwiękowcami. Chociaż dziennikarze nie mieli wstępu do szpitala, to i tak chorzy nie mieli spokoju. Tabuny lekarzy, epidemiologów i studentów medycyny przewijały się przez ich salę zadając pytania i badając. Dziesiątki razy musieli pokazywać języki i gardła, od termometrów mieli obdarte pachy, a na stetoskop nie mogli już patrzeć. W chwilach wytchnienia przychodziły pielęgniarki i pobierały im krew, ręce mieli pokłute jak rasowi narkomani. Po dwóch tygodniach lekarze zebrali się na konsylium i orzekli, że dalsza hospitalizacja nie jest konieczna. Wyposażeni w karton antybiotyków mogli wreszcie wrócić do domu.
Do domu wrócili bladzi i wyczerpani, nie mieli na nic siły, choinka pożółkła i zgubiła igły, lodówka ziała pustką. Kiedy już postanowili, że wpadną w depresję poświąteczną, z odsieczą przybyła niezawodna teściowa Zdzicha - Halina. Podczas nieobecności domowników opiekowała się ich ratlerkiem Pomponikiem. Kiedy oszalały ze szczęścia Pomponik witał swojego pana i pozostałych, teściowa zataszczyła ogromną torbę do kuchni i zaczęła się tam krzątać. Najpierw zapachniało barszczem, potem łagodna woń pierogów z kapustą i grzybami obudziła drzemiącego Zdzicha, który natychmiast pojawił się w drzwiach kuchni.
- Ojejku Mamo, pierożki - mówił do teściowej mamo tylko wtedy, kiedy naprawdę czegoś od niej chciał, teraz pierwszy raz powiedział to naprawdę od serca. Marysia i Ania wiedzione wspaniałymi zapachami także przyszły do kuchni. Halina spojrzała na nich z politowaniem, i udając złość wydarła się
- O nie nie nie, nie ma podjadania przed kolacją. Wynocha do pokoju szykować zastawę.
Nie śmieli protestować, wiedzieli, że czeka ich uczta. Usiedli we troje na kanapie, i niczym psy Pawłowa przełykali ślinę na każdy nowy zapach, który dobiegał z kuchni. Jedynie Pomponik najedzony do granic możliwości zachowywał spokój i spokojnie leżał na kolanach swojego pana, nawet nie spojrzał kiedy Halina zaczęła przynosić na stół wigilijne potrawy: Karp, pierogi, gołąbki z grzybami, kutia, śledzie w oleju, barszcz z uszkami i inne specjały powoli zapełniały stół.
- Zapraszam na spóźnioną wigilię - powiedziała z uśmiechem teściowa niosąc świerkowy stroik i opłatki na talerzyku z sianem.
- Teściowa to prawdziwy skarb - Zdzichu był wniebowzięty, żołądek prawie przysechł mu do kręgosłupa.
- Ty mi tu zięciunio się tak nie przymilaj, lepiej napraw mi schody jak obiecałeś. - uśmiechnęła się.
- Oj mamo.
- Dobra dzieciaki siadamy do stołu.
- Nareszcie - prawie krzyknęła Ania - nareszcie w domu.
Usiedli do stołu, przełamali się opłatkiem, złożyli sobie życzenia i zaczęła się uczta. Pierwszy raz świętowali wigilię w styczniu. Kolacja była wspaniała i smakowała jak nigdy.
- Wiesz tato - powiedziała Ania przeżuwając karpia - babcia miała rację, że wycieczka do Meksyku w święta to zły pomysł.
- Wiem Aniu, wiem, babcia zawsze ma rację, Święta trzeba spędzać tradycyjnie w domu z rodziną.
GrzybaBlog - http://graforoman.wordpress.com/ Darwin się mylił. Ja nie pochodzę od małpy. Ja pochodzę od Purchawki :E

kasinp
Znawca ❃❃
Posty: 2418
Rejestracja: 19 cze 2007, 17:48
Choroba: CD
województwo: pomorskie
Lokalizacja: Rumia
Kontakt:

Re: Opowiadanie Grzyba - debiut

Post autor: kasinp » 24 lis 2009, 20:33

Grzyb to jest jak poemat, serio

Natalka
Weteran ✿
Posty: 4895
Rejestracja: 19 kwie 2007, 13:54
Choroba: CD
województwo: lubelskie
Lokalizacja: Lublin
Kontakt:

Re: Opowiadanie Grzyba - debiut

Post autor: Natalka » 24 lis 2009, 20:36

Grzybie, no to falstart jest, jak w marketach i telewizorze, jeszcze się listopad nie skończył :razz:
Grzyb333 pisze:od termometrów mieli obdarte pachy
świetny tekst :mrgreen:
Nie istnieją żadne określone potrawy, które zasadniczo wpływają na ciężkość przebiegu lub na rodzaj nawrotu choroby u wszystkich pacjentów.
poradnik żywieniowy Falka

Awatar użytkownika
CatAnn
Znawca ❃❃
Posty: 2318
Rejestracja: 20 sty 2009, 19:24
Choroba: CD
województwo: pomorskie
Lokalizacja: Wejherowo
Kontakt:

Re: Opowiadanie Grzyba - debiut

Post autor: CatAnn » 24 lis 2009, 20:37

Dobre, dobre. Podobało mi się.
Też za świętami tęsknisz? xD
Ulepimy dziś bałwana, Cudusiu...?
Rozpoznanie: czerwiec 2003 - CD. Stan: remisja, anemia, depresja, zab. adaptacyjne. Wzrost, waga: 166 cm, 52 kg. Leczenie: CSK MSW. Leki: adalimumab, mesalazyna, wenlafaksyna, lamotrygina.

Online
Awatar użytkownika
obyty.z.cu
Doradca CU
Posty: 7755
Rejestracja: 28 lis 2008, 13:48
Choroba: CU
województwo: wielkopolskie
Lokalizacja: wielkopolska- Leszno

Re: Opowiadanie Grzyba - debiut

Post autor: obyty.z.cu » 24 lis 2009, 21:00

dla autora same oklaski
„Przytulanie jest zdrowe. Wspomaga system immunologiczny, utrzymuje człowieka w dobrym zdrowiu, leczy depresje, redukuje stres, przywołuje sen, odmładza, orzeźwia, nie ma przykrych skutków ubocznych, jest więc po prostu cudownym lekiem ..."Każda droga zaczyna się od pierwszego kroku" . https://senmaluszka.pl

Awatar użytkownika
Grzyb333
Doświadczony ❃
Posty: 1075
Rejestracja: 10 mar 2008, 13:49
Choroba: CU
województwo: zachodniopomorskie
Lokalizacja: Szczecin
Kontakt:

Re: Opowiadanie Grzyba - debiut

Post autor: Grzyb333 » 24 lis 2009, 21:26

Natalka pisze:Grzybie, no to falstart jest, jak w marketach i telewizorze, jeszcze się listopad nie skończył
To do wydania świątecznego, ukaże się drukiem we właściwym czasie. :)
GrzybaBlog - http://graforoman.wordpress.com/ Darwin się mylił. Ja nie pochodzę od małpy. Ja pochodzę od Purchawki :E

Unknown
Początkujący ✽✽
Posty: 441
Rejestracja: 29 sie 2008, 23:08
Choroba: CU
województwo: łódzkie
Lokalizacja: ...

Re: Opowiadanie Grzyba - debiut

Post autor: Unknown » 24 lis 2009, 21:29

Grzybie, ja na Twoim miejscu to pierogi, ale z kapustą i pieczarkami w wykonaniu teściowej bym jednak zaserwowała czytelnikom w tekście :razz:
A tak w ogóle, to fajnie się czyta :)
How does it feel
To be on your own
With no direction home
Like a complete unknown
Like a rolling stone?

ODPOWIEDZ

Wróć do „Poezja i Proza”