Strona 1 z 2

Nie poznaję siebie...

: 07 sty 2017, 15:03
autor: BlueEyedGirl
Od kilku miesięcy coraz gorzej radzę sobie w życiu, a ostatnie dni są najgorsze. Straciłam chęci do czegokolwiek, dawniej miałam wiele pasji, a teraz mało co mnie interesuje, nic mi się nie chce, jak mam dni wolne to wstaję o 12-14, śpię dużo, rano nie chce mi się wstawać z łóżka, zwykłe czynności robię z ogromnym wysiłkiem i zajmują mi dużo więcej czasu niż normalnie, nie chce mi się sprzątać, gotować, dbać o siebie... Ograniczyłam kontakt z rodziną i znajomymi, nie chce mi się z nimi spotykać, rozmawiać i kłamać, że u mnie wszystko ok.

W pracy nie potrafię się odnaleźć, na samą myśl się stresuję, to moja pierwsza praca i doszłam do wniosku, że nie mam predyspozycji do jej wykonywania, bo po prostu mnie przerasta i psychicznie już nie daję rady...

Czuję jakby życie przygniotło mnie ogromnym ciężarem i nie umiem sobie z tym poradzić. O przyszłości nie chce mi się myśleć, bo mnie przeraża, boję się, że sobie nie poradzę... Czuję bezsens i bezsilność.
Chciałabym uciec od tego wszystkiego.

Tylko fizycznie jest ok, jestem w remisji. Mam chłopaka, i tylko spotkania z nim motywują mnie do tego żeby na chwilę się ogarnąć, są takimi momentami kiedy czuję się dobrze... Ale nawet w tej kwestii czuję, że wysilam się tylko do minimum.
Nie poznaję siebie. Czuję jakby ktoś zabrał tę dobrą część mnie, a zostawił to co nieposkładane, zepsute, słabe, złe...
Nie wiem co robić :( :cry:

Re: Nie poznaję siebie...

: 07 sty 2017, 15:59
autor: atabe
Hmm, trudno coś doradzić, ale może jeśli ta praca tak przytłacza i pożera tyle energii , to warto poszukać czegoś innego. Szczególnie ,że tak Cię stresuje. Życzę więcej luzu. Pracę zawsze można zmienić, to nie koniec świata. Może przybędzie energii i chęci do życia... :roll:

Re: Nie poznaję siebie...

: 07 sty 2017, 16:56
autor: Bizonik
Przeczytałem to co piszesz i doszedłem do wniosku że nie masz celu. Celu do którego chcesz dążyć.
Takim celem może być lepsze jutro w naszym przypadku dzień bez bólu brzucha czy temu podobne, ale piszesz że jesteś w remisji tylko pytanie czy w remisji całego organizmu. Bo to że nie boli Cię brzuch, to że nie masz biegunek nie oznacza że organizm jest zdrowy i jest cacy. Twoje zmeczenie, niechęć do wykonywania prostych prac może być spowodowany osłabieniem organizmu przy lub po walce z chorobą. Może warto pomyśleć o sobie, urlop, jakiś wykazd do spa razem z chłopakiem. Takie słodkie lenistwo często pomaga na depresje.
A druga sprawa to skoro masz fajnego faceta może powinnaś z nim porozmawiać , czymś wspólnie się zainteresować bo skoro jesteście razem to fajnie by było robić więcej rzeczy razem.
Pomyśl i kombinuj

Powodzenia

Re: Nie poznaję siebie...

: 07 sty 2017, 17:06
autor: Tubisia
BlueEyedGirl, obecna pogoda też nie sprzyja chęcią do czegokolwiek :wink: Moim zdaniem warto porozmawiać z lekarzem, niekoniecznie psychologiem - ale lekarzem, któremu ufasz. Czasem szczera rozmowa pomaga, może coś przepisze (niekoniecznie). To nie jest powód do wstydu, a szukanie pomocy w złym stanie.

Rozmowa z drug polówką tez powinna pomóc. Osobiście polecam jak wyżej napisał Bizonik, pobyt w spa (albo u kosmetyczki), totalne wyluzowanie się. Co do pracy: to Twoja 1, więc masz dodatkowy stres, daj sobie z nią trochę czasu :wink:
Bizonik pisze:Bo to że nie boli Cię brzuch, to że nie masz biegunek nie oznacza że organizm jest zdrowy i jest cacy.
Święte słowa. Chorujemy nie tylko na jelita, to co mamy wpływa na cały organizm.

Re: Nie poznaję siebie...

: 07 sty 2017, 17:51
autor: Brawurka
BlueEyedGirl, jakbym czytała o sobie. To dobry moment żeby skorzystać z pomocy, później będzie trudniej. Jestem pod opieką psychiatry od kilku lat, a od miesiąca również chodzę do psychoterapeuty :)
Depresja to wredna i podstępna choroba, a przy chorobach takich jak nasze bardzo łatwo stłumić złe emocje i przytłoczyć się życiem. Pomyśl nad wizytą u psychologa, bądź też u psychiatry.

Re: Nie poznaję siebie...

: 07 sty 2017, 19:36
autor: Jacekx
BlueEyedGirl pisze:Od kilku miesięcy coraz gorzej radzę sobie w życiu, a ostatnie dni są najgorsze. Straciłam chęci do czegokolwiek, dawniej miałam wiele pasji, a teraz mało co mnie interesuje, nic mi się nie chce, jak mam dni wolne to wstaję o 12-14, śpię dużo, rano nie chce mi się wstawać z łóżka, zwykłe czynności robię z ogromnym wysiłkiem i zajmują mi dużo więcej czasu niż normalnie, nie chce mi się sprzątać, gotować, dbać o siebie... Ograniczyłam kontakt z rodziną i znajomymi, nie chce mi się z nimi spotykać, rozmawiać i kłamać, że u mnie wszystko ok.

W pracy nie potrafię się odnaleźć, na samą myśl się stresuję, to moja pierwsza praca i doszłam do wniosku, że nie mam predyspozycji do jej wykonywania, bo po prostu mnie przerasta i psychicznie już nie daję rady...

Czuję jakby życie przygniotło mnie ogromnym ciężarem i nie umiem sobie z tym poradzić. O przyszłości nie chce mi się myśleć, bo mnie przeraża, boję się, że sobie nie poradzę... Czuję bezsens i bezsilność.
Chciałabym uciec od tego wszystkiego.

Tylko fizycznie jest ok, jestem w remisji. Mam chłopaka, i tylko spotkania z nim motywują mnie do tego żeby na chwilę się ogarnąć, są takimi momentami kiedy czuję się dobrze... Ale nawet w tej kwestii czuję, że wysilam się tylko do minimum.
Nie poznaję siebie. Czuję jakby ktoś zabrał tę dobrą część mnie, a zostawił to co nieposkładane, zepsute, słabe, złe...
Nie wiem co robić :( :cry:
może tak na początek spacery z chłopakiem i matką Naturą po rękę


Naprawdę warto spacerować - ostatnio np. do moich spacerów z Matką naturą dołączył też lis

w blisko
milionowej metropolii Trójmiasta

Re: Nie poznaję siebie...

: 07 sty 2017, 19:37
autor: Tubisia
Brawurka, dokładnie ) JA zacytuję tekst jakim mnie uraczono w szpitalu: "jakbyś nie miała żadnych problemów z psychiką, to byłoby gorzej" :mrgreen: Chociaż nie wiem, czy to dobrze, że się spodziewali zapaści psychiki :neutral:


Organizm daje ujście chorobie w każdym aspekcie, a wzięcie kilku tabletek xanaxu nie świadczy o tym, że jest się wariatem, to samo tyczy się wizyt u psychologa/psychiatry/terapeuty.

Re: Nie poznaję siebie...

: 07 sty 2017, 19:41
autor: Jacekx
jacekx pisze:może tak na początek spacery z chłopakiem i matką Naturą po rękę


Ostatnio np. do moich spacerów z Matką naturą dołączył też lis

w blisko
milionowej metropolii Trójmiasta
zapraszamy ...też innych na spacery Matka Natura i ja :wink:

...ale niekoniecznie na spacery ze mną :wink:

Re: Nie poznaję siebie...

: 07 sty 2017, 19:58
autor: Brawurka
Tubisia pisze:Brawurka, dokładnie ) JA zacytuję tekst jakim mnie uraczono w szpitalu: "jakbyś nie miała żadnych problemów z psychiką, to byłoby gorzej" :mrgreen: Chociaż nie wiem, czy to dobrze, że się spodziewali zapaści psychiki :neutral:


Organizm daje ujście chorobie w każdym aspekcie, a wzięcie kilku tabletek xanaxu nie świadczy o tym, że jest się wariatem, to samo tyczy się wizyt u psychologa/psychiatry/terapeuty.
Z czasem i lekarz potrafi spojrzeć i wiedzieć od razu co się dzieje ;) Ja po latach chorowania wiem od razu, że się pogarsza. To żaden wstyd, że potrzebujemy pomocy. Chorując na choroby przewlekłe, które potrafią bardzo utrudnić życie, normalnym jest łamanie się. Ważne żeby się nie zamykać z tym, nie być samemu i nie pogłębiać swego stanu.

Re: Nie poznaję siebie...

: 07 sty 2017, 20:27
autor: BlueEyedGirl
Dzięki za te słowa. Macie dużo racji.

Trochę właśnie obawiam się zgłosić gdzieś po pomoc, bo boję się, że wtedy bliscy będą mnie jakoś inaczej traktować...
Przed chłopakiem też boję się otworzyć... O CU dużo mu opowiadałam i nie uciekł ale boję się, że jak mu powiem o tym jak się czuję psychicznie, to że uzna, że jestem słaba i mnie zostawi...
Boję się reakcji jego i rodziny :smutny: Szczególnie, że w domu zawsze byłam traktowana jak ta, której zawsze wszystko się udaje, dobra, poukładana i niesprawiająca problemów...

Nie wiązałam mojego obecnego stanu z CU ale rzeczywiście może i to mieć na mnie jakiś wpływ, w końcu cały czas żyję z chorobą i nigdy nie jest w 100% normalnie

Bizonik, z tym celem w życiu to też racja, znalazłam się w takim momencie życia, że nie wiem tak naprawdę co chcę dalej robić, nie mam pomysłu na życie zawodowe... a ten, który miałam trochę mi nie wychodzi.

Re: Nie poznaję siebie...

: 07 sty 2017, 20:35
autor: Tubisia
BlueEyedGirl, na początek spróbuj i internisty (ja akurat trafiłam na świetną osobę i mogłam z nią porozmawiać). A ile się zbierałam, to porażka :lol:

Re: Nie poznaję siebie...

: 08 sty 2017, 02:56
autor: Bizonik
BlueEyedGirl pisze:Dzięki za te słowa. Macie dużo racji.

Trochę właśnie obawiam się zgłosić gdzieś po pomoc, bo boję się, że wtedy bliscy będą mnie jakoś inaczej traktować...
Przed chłopakiem też boję się otworzyć... O CU dużo mu opowiadałam i nie uciekł ale boję się, że jak mu powiem o tym jak się czuję psychicznie, to że uzna, że jestem słaba i mnie zostawi...
Boję się reakcji jego i rodziny :smutny: Szczególnie, że w domu zawsze byłam traktowana jak ta, której zawsze wszystko się udaje, dobra, poukładana i niesprawiająca problemów...

Nie wiązałam mojego obecnego stanu z CU ale rzeczywiście może i to mieć na mnie jakiś wpływ, w końcu cały czas żyję z chorobą i nigdy nie jest w 100% normalnie

Bizonik, z tym celem w życiu to też racja, znalazłam się w takim momencie życia, że nie wiem tak naprawdę co chcę dalej robić, nie mam pomysłu na życie zawodowe... a ten, który miałam trochę mi nie wychodzi.
Doskonale rozumiem Twoj ból. W 2001 roku miałem wypadek samochodem, połamane udo, wstrzas mozgu, rany szarpane głowy i ręki. Świat się zawali. Przed wypadkiem aktywny fizycznie młody 26 letni facet a teraz warzywo. Operacja nogi 6 miesięczy w gipsie potem kolejna operacja 3 miesiace w gipsie. Zero wychodzenia z domu zero znajomych, zero rodziny.
Ale zawsze u mojego boku była Magda, żona która juz 3 krotnie pomogła mi wyjść z dołka. W 2006 spuchnieta ta złamana noga, infekcja w zespoleniu, gronkowiec zagrożenie utraty nogi, była Magda, w 2011 i 2015 operacje z jelitami gdzie już robiłem rachunek sumienia. Magda mi nie pozwoliła. Teraz jak jest momentami źle potrafi stanąć przytulić się ale też tupnąc nogą i powiedzieć do cholery weź się za siebie. Także mam Ją u swego boku i bardzo jej za to dziękuje.
Uważam że rozmowa z chłopakiem sporo pomoże, może on będzie Twoją pomocną dłonią. Lekarz sam korzystałem z porad psychologa, psychiatry i szczerze tylko utwierdzili mnie w tym że muszę walczyć o siebie i dla siebie. Także ściskam poślady, przestaję oglądać się za siebie i z podniesioną do góry głową wyglądam z ciekawością kolejnego dnia.
Nauczyłem się nie planować, crohn nie pozwala mi na plany. Żyje z dnia na dzień ale staram się wiązać to w rozsądną całość.
Praca tu jest spory problem, ja mam farta znowu żona pozwoliła mi robić to co lubie. I to pozwala mi funkcjonować. A u ciebie, popytaj znajomych, popatrz w ogłoszeniach może coś nowego, coś innego. Ale też może spróbować rozmowy z szefem, szczerej, otwartej rozmowy może coś da się zmienic.
Wogóle uważam, że wiele naszych problemów jesteśmy w stanie rozwiązać szczerą rozmową, z bliskimi, znajomymi bądz np szefostwem.

Pomyśl, kombinuj i myśl o sobie. Jestes dla siebie najważniejsza. Głowa do góry i tak jak Jacek napisał, faceta za rękę i na spacer albo gdzie tylko wyobraźnia sięga.

Re: Nie poznaję siebie...

: 08 sty 2017, 12:10
autor: Jacekx
Bizonik pisze:
Pomyśl, kombinuj i myśl o sobie. Jesteś dla siebie najważniejsza. Głowa do góry i tak jak Jacek napisał, faceta za rękę i na spacer albo gdzie tylko wyobraźnia sięga.
Pozdrawiam Ciebie BlueEyedGirl jeszcze z łóżka szpitalnego i popieram w 100%
pomysł - radę Bizonika.

To co ( jak wolisz Kto) najważniejsze moim zdaniem dla Ciebie wytłuściłem w cytacie na niebiesko.

Napiszę też Faceta za rękę i na spacer albo gdzie tylko wyobraźnia sięga.
szkoda czasu na doły ... każdemu z nas się zdarzają
:spoko:

Re: Nie poznaję siebie...

: 08 sty 2017, 14:45
autor: biedronka24
Tak jakbym czytała o sobie. Tylko ja nie mam faceta. Ale porozmawiałam ostatnio z przyjaciółką. Pomogło. Świadomość, że ktoś wie w jakim jestem stanie bardzo mi pomaga.

Re: Nie poznaję siebie...

: 08 sty 2017, 22:04
autor: eliszka
BlueEyedGirl, ja też bardzo często czuję się podobnie. Niby wszystko jest OK, a jednak czuję, że dawna energia odpływa gdzieś daleko.
Zgadzam się z każdą powyższą wypowiedzią. Myślę, że dobrym początkiem będzie rozmowa z Twoim chłopakiem. Wiesz, on może sobie pomyśleć, że to w nim jest jakiś problem..że może już go nie kochasz, albo nie chcesz z nim być. Faceci trochę ciężko (ko)jarzą. :roll: ( Z całą sympatią i szacunkiem do wszystkich Panów) :zakochany: Piszesz, że to on jest Twoją motywacją do wykrzesania z siebie jakiegoś minimum, więc może warto mu zaufać i otworzyć się przed nim. Jeśli naprawdę Cię kocha, to zrozumie..tylko daj mu szansę sobie pomóc.
Ja niestety zawsze czekam do ostatniej chwili zanim zdobędę się na szczerą rozmowę z moim mężem. Jakieś złe emocje wzbierają we mnie tak długo, że gdy wreszcie zdecyduję się otworzyć, to są wtedy łzy i różne niepotrzebne wyrzuty. Nie jest mu wtedy łatwo ogarnąć kilku nawarstwionych spraw.
Ludzie tak już są stworzeni, że łączą się w pary, bo razem łatwiej jest dźwigać różne życiowe garby. :tak: Pozwól swojemu facetowi, by pomógł Ci ponieść Twój garb :smile: