Strona 1 z 1

Moja krótka historia...

: 03 gru 2009, 22:41
autor: Yoshiko
Witacie,
moja historia jest historią taka jak każda inna ale ostatnio bardzo się skomplikowała... Postanowiłam się podzielić z kimś moimi wątpliwościami i zwątpieniami. Choruje na WZJG od dwóch lat, zwykle z silnymi zaostrzeniami, po części to moja wina bo zawsze dbałam bardziej o męża niż o siebie (nawet w czasie choroby), życie z chorobą i moja wrodzona wrażliwość wpętały mnie w nerwicę i nagle codzienność stała się ogromnym wyzwaniem... Lecz w tym wszystkim był mąż opiekun, dobry duch, który nade mną czuwał i wspierał, tak też mi sie wydawało... dopóty, dopóki miesiąc temu nie oświadczył, że odchodzi... Z poczucia bezpieczeństwa, tego, że jestem kochana i akceptowana pozostała tylko rozpacz, a teraz dodatkowo ogromny ból fizyczny spowodowany nasileniem objawów choroby. Tak naprawdę nie wiem dlaczego obarczam Was swoim smutkiem, ale potrzebuję zwłaszcza teraz rozmów z ludźmi i dobrych rad jak się za siebie zabrać i sobie pomóc. Pozdrawiam wszystkich serdecznie

Re: Moja krótka historia...

: 03 gru 2009, 23:04
autor: Słonko
Strasznie smutno mi się zrobiło jak to przeczytałam. Trzymaj się i wierz mocno, że masz prawo do szczęścia a nie tylko do smutku :przytul: Mieszkasz sama?

Re: Moja krótka historia...

: 03 gru 2009, 23:54
autor: ita71
Witaj Yoshiko... trudno coś poradzić...zaostrzenie wynika też ze
stresu...trzymaj się :przytul:

Re: Moja krótka historia...

: 04 gru 2009, 09:00
autor: exa
paskudnie, ale nikt nie odchodzi z dnia na dzień, gdzieś wszystko ma swój początek, czasem są to drobnostki, które z czasem nabierają znaczenia.......jednak warto wszystko sobie przeanalizować i szczerze do bólu odpowiedzieć na parę pytań, które niewątpliwie się nasuną.....co nam to daje?...ano ból zostaje ale zyskujemy świadomość i lepszą jakość życia, zamiast męki..

i co ważne również znajdujemy proporcje swoich nieszczęść....

to pierwszy etap i jak dla mnie konieczny, by życie mogło toczyć się dalej i by z życia zacząć czerpać przyjemności prawdziwe..
Yoshiko pisze:po części to moja wina bo zawsze dbałam bardziej o męża niż o siebie (nawet w czasie choroby)
kobiety mają skłonność do poświęceń i pełnego oddania i wydaje się zawsze (tez miałam tak), że to jest droga do szczęścia, ale to nam daje tylko tzw 'klapki na oczach"....i nic więcej, jesteśmy tak pochłonięte tym "dbaniem", że przestajemy zauważać prawdziwe potrzeby innych.....a na końcu, czujemy się oszukane i jesteśmy, ale przez nasze atawizmy tylko...
Yoshiko pisze:życie z chorobą i moja wrodzona wrażliwość wpętały mnie w nerwicę i nagle codzienność stała się ogromnym wyzwaniem...
zawsze jest wyzwaniem, bo każdy z nas zmaga się codziennie ze swoimi lękami, bólami i niespełnionymi nadziejami....wrodzoną wrażliwość ma każdy, pytanie tylko jak bardzo jest odporny na to co niesie nam życie.........
Yoshiko pisze:Lecz w tym wszystkim był mąż opiekun, dobry duch, który nade mną czuwał i wspierał, tak też mi sie wydawało.
i na pewno tak było, nie można skreślać wszystkiego co człowiek robił, z powodu jednego czynu...
Yoshiko pisze:Tak naprawdę nie wiem dlaczego obarczam Was swoim smutkiem, ale potrzebuję zwłaszcza teraz rozmów z ludźmi i dobrych rad jak się za siebie zabrać i sobie pomóc.
jedni radzą sobie sami, inni muszą to gdzieś wyrzucić....
nie obarczasz, bo będziemy ci współczuć, damy rady, ale każdy ma swoje życie.......i jutro już nie będzie pamiętał, przepraszam, to paskudne, ale świat taki jest, nikt nas niańczył nie będzie, jeśli nie potrafimy sami o siebie zadbać..

chcesz rad?
nie ma dobrych rad.....każdy ma inaczej, ja zawsze optuję za szczerością wobec samej siebie i jasnym postawieniu spraw, choćby bolało strasznie...
a później małymi kroczkami do przodu....ustalić co w życiu najważniejsze, czego w życiu nie zrobiłaś jeszcze a chciałaś, otworzyć się na świat, cieszyć się z każdego nawet głupstwa, jeśli sprawia przyjemność....

zatrzymaj się, weź głęboki oddech.........przemyśl wszystko, spójrz z boku, rozejrzyj się dookoła, czy to w istocie koniec Twojego świata?. a może właśnie dopiero początek?.....zrób to wszystko zanim wpadniesz w błędne koło i wtedy będzie już bardzo trudno.....choroba się rozhula...

musisz odnaleźć w tym wszystkim siebie, pogrzebać i wyciągnąć, a póxniej odetchnąć i zacząć żyć.....proste, co? :wink:

Re: Moja krótka historia...

: 04 gru 2009, 10:51
autor: magda281
Yoshiko, witaj :) głowa do góry to nie koniec świata że mąż odszedł :) Myślę że jeszcze życie przed tobą i wszystko się ułoży ;)

Re: Moja krótka historia...

: 04 gru 2009, 11:52
autor: CatAnn
Yoshiko, być może nie będzie tak źle jakby się mogło wydawać... Teraz myślisz, że zawalił się świat, ale za jakiś czas będzie lepiej... Nawet nad najciemniejszymi chmurami świeci słońce :*

Re: Moja krótka historia...

: 04 gru 2009, 18:08
autor: dethleffs
nie umiem przejsc kolo tego tematu obojetnym, zagladam tu juz kolejny raz i trudno w kilku slowach pocieszyc, poradzic lub powiedziec cokolwiek, by choc odrobine pocieszyc Cie i nie zostawic samej sobie. mozna by to mnozyc, trzymaj sie, glowa do gory i inne takie banalne slowa otuchy, ktore czlowieka w dolku malo przekonuja (mnie przynajmniej malo przekonywaly jak w marazmie tkwilem jakis czas)
jedno moge tylko doradzic, bys nie przekreslala przeszlosci, to co przezylas bylo prawdziwe i dobre i takie wspomnienia zachowaj prawdziwe i dobre. skonczyla sie jedna rola Twojego zycia, wiec powolutku, bez pospiechu przygotuj sie na nowa, ktora moze okazac sie nawet ciekawsza, ale w tych przygotowaniach zadbaj przede wszystkim o zdrowko. teraz masz szanse wreszcie byc wrazliwa na siebie, podaruj sobie ten luksus, a wszystko z czasem zacznie sie ukladac, czego zycze serdecznie
jesli wpadne na cos madrzejszego to dopisze, trzymka i glowa do gory :wink:

Re: Moja krótka historia...

: 04 gru 2009, 18:35
autor: ESka
Przykre to co piszesz, ale weź się w garść :) każdy zasługuje na szczęście i wierzę, że w końcu je spotkasz :) Pozdrawiam :) trzymaj się :)

Re: Moja krótka historia...

: 04 gru 2009, 18:38
autor: leila
trzymaj sie
ja tez myslałam ze spotkałam miłosc zycia ale trudno ,z nadzieja czekam na nową :roll:

Re: Moja krótka historia...

: 04 gru 2009, 21:14
autor: danaK34
Bardzo smutna ta Twoja krótka historia. Też chciałabym Cię jakoś pocieszyć, ale wiem że teraz pewnie żadne słowa tu nic nie dadzą. Czas leczy rany. Uważam też że nic w naszym życiu nie dzieje się bez przyczyny. Zamknął się poprostu jakiś rozdział w Twoim życiu i zaczął nowy może lepszy, czego Ci życzę z całego serca.
Pamiętaj zawsze po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój.

Re: Moja krótka historia...

: 05 gru 2009, 09:50
autor: Miła
Pewnie, że będzie ok. Musi być ok. Na jednym kolesiu świat się nie kończy. Dasz sobie radę bez niego, sama albo z kimś innym :)
Dość dbania o kogoś. Teraz przyszedł czas żebyś zadbała o siebie. Zdrowie jest najważniejsze. Musisz znaleźć wewnętrzną równowagę i opanować tą nerwicę, o której piszesz bo ona jest przyczyną zaostrzenia objawów.
Poukładaj sobie wszystko, zaplanuj i okaże się, że codzienność nie jest taka straszna.
A jak będzie ci smutno i ciężko - wskakuj na forum. Pomożemy!

Re: Moja krótka historia...

: 11 gru 2009, 16:29
autor: Yoshiko
Dziękuję Wam wszystkim... Za dobre słowo, wsparcie, nadzieję. Za to, że mogłam się wyżalić a Wy tego "wysłuchaliście"...